O przegranych derbach, kolejnym trudym meczu, opieraniu się piłce ręcznej i o planach “po niej” rozmawiamy z rozgrywającą KPR-u Gminy Kobierzyce, Małgorzatą Buklarewicz.

Jak się czujesz?
Dziękuję, dobrze. Zmiana klubu na pewno wiąże się z różnymi etapami, ale myślę, że już wszystko jest w porządku. Przyzwyczaiłam się do nowej sytuacji, mieszkania czy ludzi dookoła.

Zrobiłaś już podsumowanie meczu z Zagłębiem?
Moim zdaniem zawiodła nam obrona. Przez to nie mogłyśmy wyprowadzić szybkich kontr i zdobywać w ten sposób łatwych bramek, a to jest nasza siła. Kiedy “mamy dzień”, wtedy najczęściej wychodzi nam wszystko – dobrze zaczynamy w defensywie, kontrujemy i wynik szybko układa się po naszej myśli, a to daje pewien komfort gry.

Oglądałaś to spotkanie po powrocie do domu?
Tak, robię to zawsze. Doszukuję się swoich błędów i elementów do poprawy. Mecz po prostu nam nie wyszedł i myślę, że gdybyśmy zagrały go jeszcze raz, to wyglądałby inaczej. W poniedziałek miałyśmy jeszcze spotkanie z dziewczynami, rozmawiałyśmy między sobą, wymieniałyśmy się uwagami. Dodatkowo czeka nas jeszcze analiza wideo z trenerką.

Ta porażka przerwała Waszą serię zwycięstw. To też trochę zabolało?
Trochę tak, chociaż nie ukrywam kalkulowałyśmy, że może się to nam przydarzyć akurat w Lubinie. Wiadomo, że na własnym terenie gra się łatwiej i mamy założenie pokonać Zagłębie w następnej rundzie.

Do Kobierek trafiłaś właśnie z Lubina. Derby z tej strony wyglądają inaczej?
Wydaje mi się, że derby to po prostu derby. Tutaj dodatkowym smaczkiem było to, że jesteśmy zespołami sąsiadującymi ze sobą w tabeli i to na jej czele. To powodowało dodatkową presję i chęć zwycięstwa była może minimalnie większa, bo mogłyśmy zrównać się punktami. Niestety teraz ta różnica wynosi sześć oczek i największe marzenie staje się coraz bardziej odległe, ale prawda jest taka, że jesteśmy w dobrym miejscu. Robimy dobrą robotę i nie możemy się załamać jedną porażką. Naszym celem jest zagranie równie dobrej rundy, jak ta poprzednia, chociaż teraz wiadomo, że nie będzie ona bezbłędna. Czeka nas jeszcze kilka spotkań i chcemy łapać te punkty, które są w naszym zasięgu.

Przed sezonem powiedziałaś, że Kobierzyce to kolejny etap w Twojej karierze, nowe wyzwanie. Jak oceniłabyś to pół roku?
Jeszcze dużo przede mną – pracy, zgrywania się, poznawania. Wydaje mi się, że jestem już coraz bliżej, ale oczekuję od siebie dużo. Uważam, że powinnam dawać drużynie jeszcze więcej.

Coś Cię tutaj zaskoczyło?
Na tym etapie chyba wszędzie jest podobnie. Trudno zaskoczyć zawodnika, który w Superlidze gra już kilkanaście lat. Tak naprawdę wszystko opiera się na zmianie taktyki, myśli trenerskiej.

A Kobierzyce jako mała miejscowość?
Ja jestem dziewczyną ze wsi. Co prawda mówię, że jestem z Jeleniej Góry, tam się urodziłam, jakiś czas mieszkałam, ale potem przeprowadziliśmy się pod Jelenią. Małe miejscowości mnie nie przerażają. Jest tu spokojnie, a przecież Wrocław jest niedaleko i z uroków dużego miasta też można skorzystać. Szkoda tylko, że teraz gramy bez kibiców, bo na pewno inaczej odczuwałabym tę atmosferę. Kobierzyce zawsze z niej słynęły, zawsze była tu pełna hala i świetny doping z trybun.

KPR awanasował do Superligi w tym samym czasie, kiedy Ty wracałaś do Polski po sezonie w Bundeslidze. Obserwowałaś rozwój klubu?
Jasne. Zagłębiu zawsze się grało z Kobierzycami trudno, więc nie można było przejść obok z niewiedzą. Ewidentnie widać, że to tendencja wznosząca i mam nadzieję, że w tym roku uda nam się poprawić ten końcowy wynik przynajmniej o jedno miejsce. To jest nasze marzenie – powoli do przodu.

A pamiętasz, czy mierzyłaś się z Kobierkami jako nastolatka?
Wydaje mi się, że w moim roczniku nie było drużyny z Kobierzyc. Na pewno nie na etapie juniora, może gdzieś wcześniej się spotkałyśmy. Grałam za to z dwoma kobierzyczankami w zespole, z Martą Dąbrowską (teraz Mazurkiewicz – dop. red.)  i z Moniką Maliczkiewicz. Razem zdobyłyśmy nawet mistrzostwo Polski juniorek. To była fajna ekipa.  A tak w ogóle to ja późno zaczęłam grać w piłkę.

To znaczy?
Byłam dzieckiem, które nie od początku zakochało sie w szczypiorniaku, mogę określić siebie jako “oporną”.  Wiadomo, że w szkole na zawody jeżdżą po prostu sprawne dzieci, więc kiedyś załapałam się na te z piłki ręcznej. W zespole mieliśmy tylko dwie dziewczyny, które już trenowały i wuefistka poprosiła, żeby reszta też się wybrała na treningi. Szybko odpadłyśmy z rozgrywek i tak się skończyła moja przygoda z ręczną w podstawówce. Coś we mnie dostrzegł jednak trener i zapisał mnie do klasy sportowej w gimnazjum.

Bez Twojej wiedzy?
Tak! Wiedział, że wybieram się do tego gimnazjum i akurat tworzył tam klasę o profilu piłki ręcznej. Okazało sie, że jednocześnie była to klasa dwujęzyczna z niemieckim, więc poprosiłam mamę, żeby mnie wypisała. Mówiłam – byłam bardzo oporna. Pech lub szczęście, teraz z perspektywy czasu wiem, że szczęście sprawiło, że moją wuefistką została żona trenera Jagoda.

To chyba przeznaczenie.
Chyba tak. Nauczycielka po każdym WF-ie namawiała mnie, żebym poszła na ten trening i zajęło jej to siedem miesięcy. Wydaje mi, że w końcu się na niego wybrałam, żeby dała mi spokój. Poszłam, spodobało mi się i tak już zostałam, chociaż dużo osób musiało się starać, żebym spróbowała. Teraz uważam, że to była dobra decyzja.

Kiedy ostatnio grałaś w plażówkę?
Ojej, dawno. To już był kilka dobrych lat temu. Pojechałam na turniej do Chorwacji. To był w zasadzie jeden wypad i pomagałam głównie w obronie. To była fajna przygoda. Co prawda dużo nie potrenowałam, a są lepsze dziewczyny ode mnie. Delikatnie mówię, że byłam słaba. Teraz ten sport jest już profesjonalny, wtedy to była głównie zabawa. Wyjazd wspominam bardzo dobrze, zajęłyśmy nawet 4. miejsce, a to było coś na zasadzie klubowych mistrzostw Europy.

W piątek pojedynek z Mistrzyniami Polski. Co trzeba zrobić, żeby wygrać z MKS Perłą Lublin?
Na pewno musimy zagrać super mądrze w defensywie. Perła jest o tyle wygodniejsza od Zagłębia, że przeciwniczki są wyższe, bazują głównie na rzucie z drugiej linii. To typowe “strzelby”, ale mają też dobre obrotowe, które często wykorzystują. Musimy być w pełni skoncentrowane i dobrze zorganizować powrót do obrony, żeby nie wpadały nam łatwe bramki. Wtedy, mam nadzieję, poradzimy sobie w ataku.

Śledziłaś zmagania Lublina w europejskich pucharach?
Tak. Oglądałam mecz z Ladą. Dziewczyny faktycznie prezentują się w Europie lepiej niż na krajowym podwórku. To jest zaprzeczenie chyba wszystkich teorii i nie wiem, z czego wynika, może to jakaś blokada mentalna. Możliwe, że skupiły się na tych występach w pucharach, co nie powinno ich zwalniać z akcji “Polska”. Ostatnio wygrały w Jarosławiu, teraz zmierzą się z nami. W zasadzie nie wiem, na jakim są etapie. Oglądając mecze w Lidze Europejskiej, mam wrażenie, że będzie trudno, a patrząc na ich poczynania w Polsce, myślę, że sobie poradzimy.

Na koniec zdradzisz coś więcej o swoim słodkim hobby? O _LollyBox_?
Lubię piec słodkości. Na razie się tym bawię, nie wiem, jak to się rozwinie i czy w ogóle. Traktuję to jako hobby i formę wypełnienia czasu pomiędzy treningami. Jeśli koleżanki o coś słodkiego poproszą, to ja to wykonam. Fajnie próbować nowych rzeczy. Właśnie zamówiłam nowy mikser, więc planuję już minibezy przekładane kremem i muffinki. Gdyby to się rozwinęło, to może mogłoby być formą przyszłej pracy.

Czyli polecasz się na przyszłość?
Oczywiście! Na razie dawałam moje wypieki tylko znajomym i mimo próśb o krytyczne uwagi, nikt się nie skarżył. Może po prostu za bardzo mnie lubią. W każdym razie zbieram pozytywne oceny i zapraszam do kontaktu przez Instagrama.

Czego Ci w takim razie życzyć?
Zwycięstw, żeby nasza forma nie spadała. Wiem, że nasze mecze różnie wyglądają. Liczy się wynik końcowy, mimo że czasami ten styl nie zadowala. Zwycięzców się nie sądzi. Jeżeli w tym sezonie uda nam się zdobyć wicemistrzostwo, to zarówno kibice, zarząd klubu, jak i my będziemy zadowolone.

Rozmawiała Marta Trzeciakiewicz